Jude Allen
była mistrzynią w nicnierobieniu. A kiedy nadchodził czas choroby, mogła w
końcu popisać się tą umiejętnością bez żadnych wyrzutów sumienia. Leżała na
sofie w niewielkim salonie, zakopana pod toną chusteczek higienicznych, kilkoma
poduszkami, kocem, kołdrą i książkami, których okładki boleśnie wbijały jej się
w plecy. House biegał żwawo po całym pomieszczeniu, od czasu do czasu
poszczekując. Zauważywszy jednak, że nie wyciągnie to jego leniwej pani spod
kołdry, położył się obok niskiej ławy i zaczął cicho skomleć.
Zrezygnowana
i zmęczona Jude sięgnęła natomiast po laptopa, leżącego na stoliku. Wzięła go
na kolana i na nowo zaczęła przekopywać Internet. Lubiła pomagać tacie w pracy.
To była pewnego rodzaju odskocznia od szarej, szkolnej rzeczywistości, której
szczerze nienawidziła. Jako, że z bronią radziła sobie beznadziejnie i była
raczej niewykwalifikowana pod względem prawdziwej pracy w agencji
detektywistycznej, to jednak pan Allen często powierzał jej pracę wręcz idealną
dla niej, jaką było poszukiwanie informacji w sieci.
Jude
nigdy na to nie narzekała. Właściwie, bardzo to lubiła. Jeszcze kiedy mieszkała
w Connecticut, zwykła odnajdywać Megan chłopców, którzy wpadli jej w oko, a
których widziała tylko raz w życiu na jakimś koncercie. I choć Jude była
prawie, że beznadziejna w relacjach damsko-męskich oraz w dyskusjach na ich
temat, to w tej jednej rzeczy, jaką było odnajdywanie chwilowych obiektów
westchnień przyjaciółek, była całkiem niezła.
Pan
Allen krążył niespokojnie po całym domu, trzymając w dłoni zielony kubek
wypełniony aromatyczną, czarną kawą. Od czasu do czasu spoglądał na córkę,
która wpatrzona w ekran laptopa wydawała się być w kompletnie innym świecie.
Może nie powinien jej pozwalać mu pomagać, w końcu powinna skupić się na nauce.
Z drugiej strony widział, że sama tego chce i pewnie nawet, gdyby jej tego
zabronił, to usilnie trzymałaby się swego. Mała, uparta Jude.
Przysiadł
na ciemnozielonym fotelu w gabinecie i pogrążył się w swoich myślach. Jeszcze
jakieś dziesięć lat temu wiódł normalne, rodzinne życie. I do głowy by mu wtedy
nie przyszło, że kiedyś wyląduje ze swoją córką w starej, londyńskiej
kamienicy, prowadząc agencję detektywistyczną, co do najbezpieczniejszych zajęć
nie należało. Wbrew pozorom najbardziej bał się o Jude, choć rzadko jej o tym
mówił. Chciał, żeby czuła się normalnie, żeby nie musiała być nieustannie kontrolowana
i żyła tak jak inni, nie zdając sobie sprawy z tego, ile razy groziło jej już
niebezpieczeństwo.
David
Allen często miewał z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie był ze swoją córką do
końca szczery. Można by rzecz, że był tchórzem. Sam ukrywał przed sobą prawdę i
doskonale wiedział, że prędzej czy później będzie musiał rzucić tę pracę i
zająć się czymś bardziej przyziemnym, by nie sprowadzić na siebie i swoje
jedyne dziecko jeszcze większych kryminalistów, narkomanów, złodziei i
porywaczy, których akt zdecydowanie namnożyło się w jego gabinecie w ciągu
ostatnich miesięcy.
Z
dziwnego, nostalgicznego stanu wybiły go trzy kichnięcia córki, po których
House zaczął nerwowo szczekać. Jude spojrzała na niego z politowaniem. Od rana
zachowywał się komicznie jak na psa, gdyż prawdopodobnie był na nią obrażony. O
co? Bóg jeden raczył wiedzieć.
Wygrzebała
się z kołdry i kilkudziesięciu chusteczek, po czym opatuliwszy się szczelnie
grubym swetrem w granatowo-kremowe pasy, wzięła laptopa pod pachę i chwiejnym
krokiem pomaszerowała schodami na górę, udając się do swojego pokoju.
-
Znalazłaś coś? – Pan Allen wychylił głowę ze swojego gabinetu.
-
Córka Martina, ona wcale nie jest czysta – powiedziała, jakby wciąż się nad tym
zastanawiając. – I ten jej niby-narzeczony. Coś tu śmierdzi. W każdym razie,
sprawdź pocztę. – Dodała i niechętnie pomaszerowała po schodach na piętro.
Weszła
do swojego pokoju i rzuciła się na miękkie łóżko, po czym obdarzyła
pomieszczenie nieco znużonym spojrzeniem. Bardzo lubiła to miejsce, aczkolwiek
po kilku dniach choroby, z których każdy wyglądał niemalże identycznie, miała
go serdecznie dosyć.
Ściany
miały kolor brudnego błękitu i zazwyczaj wręcz idealnie zlewały się z kolorem
nieba. Tuż obok drzwi stało duże łóżko z drewnianą brązową ramą i ładnie
wyrzeźbionym kufrem, stojącym przed nim. Na stolikach po obu stronach łóżka
Jude trzymała dosłownie wszystko – kubki po kawie i herbacie, papierki z
cukierków, ramki ze zdjęciami, ususzone kwiaty, pojedyncze srebrne kolczyki i masę szkolnych notatek i
podręczników. Biurko stało naprzeciw drzwi, zaraz pod oknem, dzięki czemu za
dnia oświetlane było promieniami słonecznymi, a nocą światłem padającym ze
starej latarni.
Nie można
było ukryć, że na biurku również panował bałagan, nad którym Allen nie umiała
zapanować. Szuflady się nie domykały, a otworzenie którejkolwiek z szafek
groziło niespodziewaną lawiną zeszytów, pamiętników i niepiszących długopisów,
których nigdy nie wyrzucała z bliżej nieokreślonych powodów.
W
lewym kącie stał granatowy fotel na drewnianych nóżkach z eleganckimi oparciami,
a tuż obok niego stara, wysoka lampa, którą Jude znalazła na strychu kamienicy oraz
prosty regał, uginający się pod ciężarem najróżniejszych książek, encyklopedii,
zeszytów i rupieci, których nie miała serca się pozbyć.
Przy
prawej ścianie stała jedynie komoda. Wyglądała na całkiem porządną, ale tylko
dopóki nikt nie otworzył którejś z jej szuflad. Jude Allen zdecydowanie nie
była perfekcyjną panią domu.
Gdyby
mieszkała z mamą, to pewnie byłaby zmuszana do cotygodniowych, wielkich
porządków, jednakże mieszkając z ojcem, który choć dbał o to, by w domu nie
panował zbyt duży bałagan, to nie przywiązywał przesadnej uwagi do
perfekcyjnego ładu. Z biegiem czasu Jude zaczynała dostrzegać coraz więcej
zalet mieszkania z tatą.
Zdjęła
z nosa ciążące jej okulary i odłożyła na nocną szafkę. Wtuliła twarz w miękką
poduszkę, wdychając powoli zapach konwaliowego płynu do płukania, po czym wytężyła
słuch. Chris. Tylko on potrafił chodzić po schodach tak, by cały Londyn
usłyszał ich skrzypienie.
-
Szczęśliwej pierwszej rocznicy naszej wiecznej przyjaźni! – Wskoczył wesoło do
pokoju, jednak Jude nie zareagowała na jego widok aż tak entuzjastycznie, jakby
sobie tego życzył. Niechętnie podniosła głowę znad poduszki, po czym bezsilnie
z powrotem na nią upadła. – Ej, no co jest? Myślałem, że świętujemy. – Usiadł
na kraju łóżka i przyjrzał jej się uważnie.
-
Zdycham – wymamrotała ochryple, przecierając sobie oczy, po czym powoli
sięgnęła po okulary i założyła je z powrotem na nos. Wszystko znów było
wyraźne.
Usiadła
obok Chrisa, po czym schyliła się i zaczęła szukać czegoś pod łóżkiem. W końcu
wyjęła ładne, zielone pudełko oraz dziwnie zapakowaną, niekształtną paczuszkę.
Wręczyła brunetowi oba pakunki.
-
Okej, to zaczynamy od beznadziejnych prezentów, tak?
- Tak
jest – odpowiedziała, parsknąwszy śmiechem.
Christopher
również wyjął ze swojego plecaka dwie paczki – kwadratowe pudełko rozmiarów
płyty CD oraz drugie, nieco większe.
-
Najpierw to. – Podał jej mniejszy pakunek, śmiejąc się w duchu.
-
Nie, ty pierwszy. – Wepchnęła mu swój prezent.
Chris
przewrócił oczyma i rozerwał kolorowy, ozdobny papier. Jego oczom ukazała się…
-
Łyżka do butów? – wybuchł śmiechem i spojrzał na Jude tak, jakby co najmniej
spadła z księżyca. – Boże, nawet mnie tym przebiłaś! – Dziewczyna roześmiała
się i otworzyła beznadziejny prezent od Chrisa. Jej oczom ukazała się płyta
zatytułowana „Takie Me Home”. Parsknęła śmiechem po raz kolejny.
- One
Direction? To już łyżka do butów jest lepsza, a przynajmniej bardziej
pożyteczna – zaśmiała się. – Może kiedyś ci się przyda. W sumie… może przy
świątecznych paczkach wylosuję którąś z naszych klasowych miss. Na pewno by się
ucieszyły. O, Madison byłaby w siódmym niebie!
-
Ohohoho, nie. Masz włączyć tę płytę, żeby zrobiła ci sieczkę z mózgu. – Chłopak
odwinął płytę z folii i włożył krążek do laptopa, by odtworzyć piosenki. – Tak
jak mojej siostrze. Czaisz, ona ma dwadzieścia cztery lata i słucha czegoś
takiego! – Pomachał jej przed oczyma kolorową okładką płyty, ale Jude była zbyt
zajęta otwieraniem właściwego prezentu i wybałuszaniem oczu.
- Kupiłeś
mi… kolczyki-rzodkiewki i Pana Bakłażana?! – Rzuciła mu się na szyję, czując,
jak oczy lekko zaczynają ją piec. Czasami naprawdę bywała dziecinna. – Jednak trochę mnie znasz. – Spojrzała na
niego z rozczuleniem, uśmiechając się szeroko, po czym przeniosła swoje
spojrzenie na zielonkawą maskotkę.
- Ale
wiesz, że to nie jest bakłażan, tylko brokuł? – Brunet popatrzył na nią
rozbawiony do granic możliwości, a napotkawszy jej charakterystyczne
spojrzenie, wybuchł głośnym śmiechem.
-
Cicho, dla mnie to jest bakłażan – wymamrotała niewyraźnie pod nosem,
poprawiając wstążeczkę przy odpowiednim prezencie dla przyjaciela, który po
chwili wepchnęła mu do rąk.
- Mam
się bać?
-
Absolutnie nie – odparła, nie pozwalając uśmiechowi zniknąć z jej twarzy.
Chris
otworzył pudełko, na wierzchu którego znajdowała się burgundowa czapka, którą
ostatnio oglądał z Jude w jakimś sklepie i nawet chciał ją kupić, ale był
wówczas tak spłukany, że po prostu nie miał za co, wiedząc, że musi też kupić
coś przyjaciółce. Założył ją automatycznie na głowę, na co dziewczyna
roześmiała się cicho, po czym wyjął z pudełka poradnik fotograficzny z lśniącą
okładką i zadziwiającymi zdjęciami. „100 idei, które zmieniły fotografię” –
głosił tytuł.
-
Jej, Jude! Nie musiałaś – cmoknął ją w czoło.
-
Jestem „hej, Jude”, nie „jej, Jude” – parsknęła śmiechem, a następnie jednym ruchem zdjęła mu z głowy
czapkę i sama ją sobie założyła. – To jest czapka unisex, więc będę się jej
czasami pożyczać, okej? – Poprawiła spadające jej z nosa okulary i wyjęła z
szuflady pudełko czekoladek.
Czasami
naprawdę zastanawiała się, co by było, gdyby nie poznała Chrisa. Był dla niej
jak brat, którego nigdy nie miała. Właściwie, Jude Allen nigdy nie przyjaźniła
się z chłopcami. Całe życie była do nich bardzo sceptycznie nastawiona,
uważając ich jedynie za istoty, którym dawno, dawno temu zombie wyżarły mózgi.
Aż w końcu poznała Harrisa i stwierdziła, że może są od tej zasady jakieś
wyjątki.
- Czy
ty tego wcześniej słuchałeś? – Spojrzała na chłopaka z rozbawieniem, widząc,
jak śpiewa pod nosem jedną z piosenek z płyty, którą właśnie otrzymała.
-
Mówiłem, że Allison dostała na ich punkcie kręćka. A teraz włącz coś fajnego –
powiedział stanowczo, wyjmując z powrotem płytę i wkładając ją do pudełka.
Jude
wpatrzona w ekran laptopa szybko wybrała przypadkową piosenkę i włożyła do ust
okrągłą czekoladkę. Chris zrobił to samo i położył się w poprzek łóżka obok
dziewczyny.
- Ta
piosenka jest zbyt miłosna jak na nas – powiedziała, lekko się krzywiąc.
-
Wiem. – Harris parsknął śmiechem.
Tak
naprawdę nie dbał o to, czy piosenka jest o miłości, o zakochanych, o parze czy
o czymkolwiek innym. Teraz cieszył się, że jest z Jude. Że się przyjaźnią. Że
żadne z nich nie musi się odzywać, bo wie, o czym myśli to drugie. To śmieszne,
ale już nie pamiętał, jak wyglądało jego życie, zanim ją spotkał. Pewnie było
całkiem szare, pozbawione nieustannego cytowania piosenek Bitelsów i magii.
-
Wiesz co? To będzie dobre i pewnie zaraz się popłaczę, bo… bo zawsze przy tym
płaczę – powiedział cicho, wyjmując swój odtwarzacz, z którego już płynęły
ciche dźwięki „O’children”. Jude spojrzała na niego z rozczuleniem, uśmiechając
się z jakimś dziwnym smutkiem, a może nawet wzruszeniem w oczach.
Hey little train! We are all jumping on
The train that goes to the Kingdom
We're happy, Ma, we're having fun
It's beyond my wildest expectation
Hey little train! We are all jumping on
The train that goes to the Kingdom
We're happy, Ma, we're having fun
And the train ain't even left the station
O
takim przyjacielu marzyła od zawsze.
***
Wiem, nuda. Może później się rozkręci. Nie wiem, czy ktokolwiek to czyta, no ale - pierwszy rozdział jest. :)
właśnie, że nie nuda.
OdpowiedzUsuńJude Allen wydaje się tak miła osobą, że z chęcią bym się z nią zakolegowała. Bije od niej jakaś taka przyjemna aura. No i ma przystojnego kolegę xd Fajny pomysł z tymi prezentami, dzięki temu pokazałaś ich relację.
Tata, detektywem?! Podoba mi się ten wątek. Tym bardziej, gdy on zaczął mówić o tym, jak boi się o bezpieczeństwo córki. Groźnie zabrzmiało.
@minimum_me