1/19/2013

Rozdział 1


Jude Allen była mistrzynią w nicnierobieniu. A kiedy nadchodził czas choroby, mogła w końcu popisać się tą umiejętnością bez żadnych wyrzutów sumienia. Leżała na sofie w niewielkim salonie, zakopana pod toną chusteczek higienicznych, kilkoma poduszkami, kocem, kołdrą i książkami, których okładki boleśnie wbijały jej się w plecy. House biegał żwawo po całym pomieszczeniu, od czasu do czasu poszczekując. Zauważywszy jednak, że nie wyciągnie to jego leniwej pani spod kołdry, położył się obok niskiej ławy i zaczął cicho skomleć.

Zrezygnowana i zmęczona Jude sięgnęła natomiast po laptopa, leżącego na stoliku. Wzięła go na kolana i na nowo zaczęła przekopywać Internet. Lubiła pomagać tacie w pracy. To była pewnego rodzaju odskocznia od szarej, szkolnej rzeczywistości, której szczerze nienawidziła. Jako, że z bronią radziła sobie beznadziejnie i była raczej niewykwalifikowana pod względem prawdziwej pracy w agencji detektywistycznej, to jednak pan Allen często powierzał jej pracę wręcz idealną dla niej, jaką było poszukiwanie informacji w sieci.

Jude nigdy na to nie narzekała. Właściwie, bardzo to lubiła. Jeszcze kiedy mieszkała w Connecticut, zwykła odnajdywać Megan chłopców, którzy wpadli jej w oko, a których widziała tylko raz w życiu na jakimś koncercie. I choć Jude była prawie, że beznadziejna w relacjach damsko-męskich oraz w dyskusjach na ich temat, to w tej jednej rzeczy, jaką było odnajdywanie chwilowych obiektów westchnień przyjaciółek, była całkiem niezła.

Pan Allen krążył niespokojnie po całym domu, trzymając w dłoni zielony kubek wypełniony aromatyczną, czarną kawą. Od czasu do czasu spoglądał na córkę, która wpatrzona w ekran laptopa wydawała się być w kompletnie innym świecie. Może nie powinien jej pozwalać mu pomagać, w końcu powinna skupić się na nauce. Z drugiej strony widział, że sama tego chce i pewnie nawet, gdyby jej tego zabronił, to usilnie trzymałaby się swego. Mała, uparta Jude.

Przysiadł na ciemnozielonym fotelu w gabinecie i pogrążył się w swoich myślach. Jeszcze jakieś dziesięć lat temu wiódł normalne, rodzinne życie. I do głowy by mu wtedy nie przyszło, że kiedyś wyląduje ze swoją córką w starej, londyńskiej kamienicy, prowadząc agencję detektywistyczną, co do najbezpieczniejszych zajęć nie należało. Wbrew pozorom najbardziej bał się o Jude, choć rzadko jej o tym mówił. Chciał, żeby czuła się normalnie, żeby nie musiała być nieustannie kontrolowana i żyła tak jak inni, nie zdając sobie sprawy z tego, ile razy groziło jej już niebezpieczeństwo.

David Allen często miewał z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie był ze swoją córką do końca szczery. Można by rzecz, że był tchórzem. Sam ukrywał przed sobą prawdę i doskonale wiedział, że prędzej czy później będzie musiał rzucić tę pracę i zająć się czymś bardziej przyziemnym, by nie sprowadzić na siebie i swoje jedyne dziecko jeszcze większych kryminalistów, narkomanów, złodziei i porywaczy, których akt zdecydowanie namnożyło się w jego gabinecie w ciągu ostatnich miesięcy.

Z dziwnego, nostalgicznego stanu wybiły go trzy kichnięcia córki, po których House zaczął nerwowo szczekać. Jude spojrzała na niego z politowaniem. Od rana zachowywał się komicznie jak na psa, gdyż prawdopodobnie był na nią obrażony. O co? Bóg jeden raczył wiedzieć.

Wygrzebała się z kołdry i kilkudziesięciu chusteczek, po czym opatuliwszy się szczelnie grubym swetrem w granatowo-kremowe pasy, wzięła laptopa pod pachę i chwiejnym krokiem pomaszerowała schodami na górę, udając się do swojego pokoju.

- Znalazłaś coś? – Pan Allen wychylił głowę ze swojego gabinetu.

- Córka Martina, ona wcale nie jest czysta – powiedziała, jakby wciąż się nad tym zastanawiając. – I ten jej niby-narzeczony. Coś tu śmierdzi. W każdym razie, sprawdź pocztę. – Dodała i niechętnie pomaszerowała po schodach na piętro.

Weszła do swojego pokoju i rzuciła się na miękkie łóżko, po czym obdarzyła pomieszczenie nieco znużonym spojrzeniem. Bardzo lubiła to miejsce, aczkolwiek po kilku dniach choroby, z których każdy wyglądał niemalże identycznie, miała go serdecznie dosyć.

Ściany miały kolor brudnego błękitu i zazwyczaj wręcz idealnie zlewały się z kolorem nieba. Tuż obok drzwi stało duże łóżko z drewnianą brązową ramą i ładnie wyrzeźbionym kufrem, stojącym przed nim. Na stolikach po obu stronach łóżka Jude trzymała dosłownie wszystko – kubki po kawie i herbacie, papierki z cukierków, ramki ze zdjęciami, ususzone kwiaty, pojedyncze  srebrne kolczyki i masę szkolnych notatek i podręczników. Biurko stało naprzeciw drzwi, zaraz pod oknem, dzięki czemu za dnia oświetlane było promieniami słonecznymi, a nocą światłem padającym ze starej latarni.

Nie można było ukryć, że na biurku również panował bałagan, nad którym Allen nie umiała zapanować. Szuflady się nie domykały, a otworzenie którejkolwiek z szafek groziło niespodziewaną lawiną zeszytów, pamiętników i niepiszących długopisów, których nigdy nie wyrzucała z bliżej nieokreślonych powodów.

W lewym kącie stał granatowy fotel na drewnianych nóżkach z eleganckimi oparciami, a tuż obok niego stara, wysoka lampa, którą Jude znalazła na strychu kamienicy oraz prosty regał, uginający się pod ciężarem najróżniejszych książek, encyklopedii, zeszytów i rupieci, których nie miała serca się pozbyć.

Przy prawej ścianie stała jedynie komoda. Wyglądała na całkiem porządną, ale tylko dopóki nikt nie otworzył którejś z jej szuflad. Jude Allen zdecydowanie nie była perfekcyjną panią domu.

Gdyby mieszkała z mamą, to pewnie byłaby zmuszana do cotygodniowych, wielkich porządków, jednakże mieszkając z ojcem, który choć dbał o to, by w domu nie panował zbyt duży bałagan, to nie przywiązywał przesadnej uwagi do perfekcyjnego ładu. Z biegiem czasu Jude zaczynała dostrzegać coraz więcej zalet mieszkania z tatą.

Zdjęła z nosa ciążące jej okulary i odłożyła na nocną szafkę. Wtuliła twarz w miękką poduszkę, wdychając powoli zapach konwaliowego płynu do płukania, po czym wytężyła słuch. Chris. Tylko on potrafił chodzić po schodach tak, by cały Londyn usłyszał ich skrzypienie.

- Szczęśliwej pierwszej rocznicy naszej wiecznej przyjaźni! – Wskoczył wesoło do pokoju, jednak Jude nie zareagowała na jego widok aż tak entuzjastycznie, jakby sobie tego życzył. Niechętnie podniosła głowę znad poduszki, po czym bezsilnie z powrotem na nią upadła. – Ej, no co jest? Myślałem, że świętujemy. – Usiadł na kraju łóżka i przyjrzał jej się uważnie.

- Zdycham – wymamrotała ochryple, przecierając sobie oczy, po czym powoli sięgnęła po okulary i założyła je z powrotem na nos. Wszystko znów było wyraźne.

Usiadła obok Chrisa, po czym schyliła się i zaczęła szukać czegoś pod łóżkiem. W końcu wyjęła ładne, zielone pudełko oraz dziwnie zapakowaną, niekształtną paczuszkę. Wręczyła brunetowi oba pakunki.

- Okej, to zaczynamy od beznadziejnych prezentów, tak?

- Tak jest – odpowiedziała, parsknąwszy śmiechem.

Christopher również wyjął ze swojego plecaka dwie paczki – kwadratowe pudełko rozmiarów płyty CD oraz drugie, nieco większe.

- Najpierw to. – Podał jej mniejszy pakunek, śmiejąc się w duchu.

- Nie, ty pierwszy. – Wepchnęła mu swój prezent.

Chris przewrócił oczyma i rozerwał kolorowy, ozdobny papier. Jego oczom ukazała się…
- Łyżka do butów? – wybuchł śmiechem i spojrzał na Jude tak, jakby co najmniej spadła z księżyca. – Boże, nawet mnie tym przebiłaś! – Dziewczyna roześmiała się i otworzyła beznadziejny prezent od Chrisa. Jej oczom ukazała się płyta zatytułowana „Takie Me Home”. Parsknęła śmiechem po raz kolejny.

- One Direction? To już łyżka do butów jest lepsza, a przynajmniej bardziej pożyteczna – zaśmiała się. – Może kiedyś ci się przyda. W sumie… może przy świątecznych paczkach wylosuję którąś z naszych klasowych miss. Na pewno by się ucieszyły. O, Madison byłaby w siódmym niebie!

- Ohohoho, nie. Masz włączyć tę płytę, żeby zrobiła ci sieczkę z mózgu. – Chłopak odwinął płytę z folii i włożył krążek do laptopa, by odtworzyć piosenki. – Tak jak mojej siostrze. Czaisz, ona ma dwadzieścia cztery lata i słucha czegoś takiego! – Pomachał jej przed oczyma kolorową okładką płyty, ale Jude była zbyt zajęta otwieraniem właściwego prezentu i wybałuszaniem oczu.

- Kupiłeś mi… kolczyki-rzodkiewki i Pana Bakłażana?! – Rzuciła mu się na szyję, czując, jak oczy lekko zaczynają ją piec. Czasami naprawdę bywała dziecinna.  – Jednak trochę mnie znasz. – Spojrzała na niego z rozczuleniem, uśmiechając się szeroko, po czym przeniosła swoje spojrzenie na zielonkawą maskotkę.

- Ale wiesz, że to nie jest bakłażan, tylko brokuł? – Brunet popatrzył na nią rozbawiony do granic możliwości, a napotkawszy jej charakterystyczne spojrzenie, wybuchł głośnym śmiechem.

- Cicho, dla mnie to jest bakłażan – wymamrotała niewyraźnie pod nosem, poprawiając wstążeczkę przy odpowiednim prezencie dla przyjaciela, który po chwili wepchnęła mu do rąk.

- Mam się bać?

- Absolutnie nie – odparła, nie pozwalając uśmiechowi zniknąć z jej twarzy.

Chris otworzył pudełko, na wierzchu którego znajdowała się burgundowa czapka, którą ostatnio oglądał z Jude w jakimś sklepie i nawet chciał ją kupić, ale był wówczas tak spłukany, że po prostu nie miał za co, wiedząc, że musi też kupić coś przyjaciółce. Założył ją automatycznie na głowę, na co dziewczyna roześmiała się cicho, po czym wyjął z pudełka poradnik fotograficzny z lśniącą okładką i zadziwiającymi zdjęciami. „100 idei, które zmieniły fotografię” – głosił tytuł.

- Jej, Jude! Nie musiałaś – cmoknął ją w czoło.

- Jestem „hej, Jude”, nie „jej, Jude” – parsknęła śmiechem,  a następnie jednym ruchem zdjęła mu z głowy czapkę i sama ją sobie założyła. – To jest czapka unisex, więc będę się jej czasami pożyczać, okej? – Poprawiła spadające jej z nosa okulary i wyjęła z szuflady pudełko czekoladek.

Czasami naprawdę zastanawiała się, co by było, gdyby nie poznała Chrisa. Był dla niej jak brat, którego nigdy nie miała. Właściwie, Jude Allen nigdy nie przyjaźniła się z chłopcami. Całe życie była do nich bardzo sceptycznie nastawiona, uważając ich jedynie za istoty, którym dawno, dawno temu zombie wyżarły mózgi. Aż w końcu poznała Harrisa i stwierdziła, że może są od tej zasady jakieś wyjątki.

- Czy ty tego wcześniej słuchałeś? – Spojrzała na chłopaka z rozbawieniem, widząc, jak śpiewa pod nosem jedną z piosenek z płyty, którą właśnie otrzymała.

- Mówiłem, że Allison dostała na ich punkcie kręćka. A teraz włącz coś fajnego – powiedział stanowczo, wyjmując z powrotem płytę i wkładając ją do pudełka.

Jude wpatrzona w ekran laptopa szybko wybrała przypadkową piosenkę i włożyła do ust okrągłą czekoladkę. Chris zrobił to samo i położył się w poprzek łóżka obok dziewczyny.

- Ta piosenka jest zbyt miłosna jak na nas – powiedziała, lekko się krzywiąc.

- Wiem. – Harris parsknął śmiechem.

Tak naprawdę nie dbał o to, czy piosenka jest o miłości, o zakochanych, o parze czy o czymkolwiek innym. Teraz cieszył się, że jest z Jude. Że się przyjaźnią. Że żadne z nich nie musi się odzywać, bo wie, o czym myśli to drugie. To śmieszne, ale już nie pamiętał, jak wyglądało jego życie, zanim ją spotkał. Pewnie było całkiem szare, pozbawione nieustannego cytowania piosenek Bitelsów i magii.

- Wiesz co? To będzie dobre i pewnie zaraz się popłaczę, bo… bo zawsze przy tym płaczę – powiedział cicho, wyjmując swój odtwarzacz, z którego już płynęły ciche dźwięki „O’children”. Jude spojrzała na niego z rozczuleniem, uśmiechając się z jakimś dziwnym smutkiem, a może nawet wzruszeniem w oczach.

Hey little train! We are all jumping on
The train that goes to the Kingdom
We're happy, Ma, we're having fun
It's beyond my wildest expectation

 Hey little train! We are all jumping on
The train that goes to the Kingdom
We're happy, Ma, we're having fun
And the train ain't even left the station

O takim przyjacielu marzyła od zawsze. 

***

Wiem, nuda. Może później się rozkręci. Nie wiem, czy ktokolwiek to czyta, no ale - pierwszy rozdział jest. :) 

1 komentarz:

  1. właśnie, że nie nuda.

    Jude Allen wydaje się tak miła osobą, że z chęcią bym się z nią zakolegowała. Bije od niej jakaś taka przyjemna aura. No i ma przystojnego kolegę xd Fajny pomysł z tymi prezentami, dzięki temu pokazałaś ich relację.

    Tata, detektywem?! Podoba mi się ten wątek. Tym bardziej, gdy on zaczął mówić o tym, jak boi się o bezpieczeństwo córki. Groźnie zabrzmiało.

    @minimum_me

    OdpowiedzUsuń